Reklama
A A A

Zbudujemy domek mały

No, nie przesadzajmy, że tak zaraz zbudujemy. Wprawdzie sporo Czytelników na pewno uważa, że przeczytawszy dokładnie wszystko, co do tej pory napisałem, z najwyższą łatwością niewielki domek sobie własnoręcznie, od piwnic po zwień­czenie dachu, wybuduje — tak jednak w rzeczywistości nie jest. Przede wszystkim sprzeciwia się to prawu, albowiem ze względów bezpieczeństwa, — aby dom się nie zawalił — potrzebny jest architekt, potrzebne są wyliczenia statyczne i materiałowe, po­trzebny jest nadzór nad budowTą przez osobę do tego uprawnioną. Nie jest to tak, jak było z pewnym moim przyjacielem, który zapytany, czy prowadzi samochód, odparł, że wprawdzie nigdy z czymś takim nie miał do czynienia, ale tyle się o prowadzeniu samochodu nasłuchał, że na pewno potrafi. Nawet skłonny był brać udział w rajdach. Poza jednak stroną prawną — istnieje rzeczywistość. Jeśli nie mamy odpowiedniego wykształcenia specjalistycznego — nie wyliczymy wytrzymałości belek stropowych, koniecznej grubości ścian nośnych, konstrukcyjnych, nie zaprojektujemy właściwego zbrojenia ciągów schodowych, otworów wentylacyjnych i sieci instalacji wodno-ogrzewczych. No dobrze, ale przecież można kupić plany typowych domkówr, z których wszystko wynika, w których wszystkie te mądrości są zawarte, a wyliczenia statyczne gotowe, nie mówiąc już o tym, że obecnie dostać można na rynku odpowiednie, prefabrykowane elementy stropowe, czy typowe otwory drzwiowe i okienne. Cóż to za filozofia właściwie? A jednak budowa domku jest trudna i dla niefachowca wręcz niewykonalna. Każdy plan musi być adaptowany do warunków7, w których budynek będzie wznoszony, a stopień adaptacji, gra­nice dopuszczalnych zmian określić może wyłącznie specjalista. Podobnie jest z techniką wszelkich łączeń, doborem odpowiedniego materiału, czy też właściwego poprowadzenia przewodów kanali­zacyjnych. To jednak jest filozofia i z dziesięciu tysięcy powodów brać się do tego nie należy, aby nie stać się właścicielem krzywego, brzydkiego, byle jakiego domku, jakich jeszcze wiele widuje się na peryferiach miast, które pochodzą z dzikiego okresu budo­wania zaraz po wojnie. Budowania własnymi siłami. Powyższa przestroga nie oznacza jednak bynajmniej, że nie można przy budowie własnego domku wykonać niektórych robót osobiście, znakomicie tym sposobem obniżając kosztorys, co niko­mu normalnie zarabiającemu obojętne być nie może. A takich robót, nie wymagających szczególnych kwalifikacji, jest mnó­stwo. Daleki jestem od pochlebiania sobie samemu, ale wydaje mi się, że ten kto uważnie czytał niniejszą książeczkę, a przede wszystkim korzystał z niej na co dzień przez pewien czas, załat­wiając we własnym zakresie domowe remonty, bez trudu wynaj­dzie dziesiątki robót, które równie bez trudu wykona własnymi rękoma, ku własnemu pożytkowi, a ku zazdrości wielu rzemieśl­ników. . Na przykład wykończenie domku — najkosztowniejszy etap budowy, a więc ten, na którym najwięcej możemy zaoszczędzić — może być wyłącznie prawie wykonany osobiście. Nie wolno nam wprawdzie zakładać instalacji elektrycznych czy gazowych, musi to bowiem i zaprojektować i kontrolować fachowiec, ale nie ma przeszkód, abyśmy nawet przy takich pracach wykonywać mogli to, co wykonywać nam wolno. A więc wykucie otworu, czy wgłę­bienia w murze na przewód, a więc zacementowanie puszki kon­taktowej, a więc zaprawienie tynku po założeniu instalacji. Własnoręcznego tynkowania domu z zewnątrz i wewnątrz wprawdzie nie doradzam, albowiem fachowiec zrobi to dziesięć razy szybciej i trzy razy równiej niż amator — a więc nie warta skórka wyprawki — nieźle natomiast będzie przypilnować fa­chowca, czy proporcje w zaprawie są właściwe, czy cementu i wapna jest tyle, aby w przyszłości tynki się nie kruszyły, no i czy tynk położony jest równo. Nie będziemy wmurowywać w ściany framug okiennych i drzwiowych, ale z powodzeniem możemy po wmurowaniu ich — wykończyć robotę, zatrzeć ścianę, dopasować okno tak, aby się nie zacinało, aby nie pozostały szpary, aby zamki działały jak należy, zawiasy nie były luźne, a szyby prawidłowo wkitowane w ramy. Przy okazji, jeśli już asystujemy przy budowie od początku, a myśleliśmy uprzednio nad planami domostwa i zastanawialiśmy się, jak też w nim będziemy mieszkać — nie ma żadnych prze­szkód, aby od razu nie wykonać sobie takich czy innych drobiaz­gów, których wykonanie po wykończeniu byłoby kłopotliwe. Ot, wnęka w ścianie z wmurowanymi półkami z grubych tafli szkla­nych czy drewna; przesunięcie drzwi w ściance działowej o parę centymetrów tak, aby zmieścił się za nimi jakiś mebel, którego nie można wstawić gdzie indziej; przeprowadzenie linii do dodat­kowego gniazdka telefonicznego czy też jeszcze paru kontaktów elektrycznych, których nigdy nie jest za wiele, podwieszenie zle­wozmywaka nieco wyżej — nie wiadomo dlaczego zlewozmywa­ki instalowane są u nas tak nisko, że później trzeba zmywać w pozycji schylonej — i takie podmurowanie miejsca na kuchen­kę, aby później cały ciąg kuchenny znalazł się na jednym pozio­mie; wpasowanie w betonowe schody odpowiedniej wielkości klocków drewnianych, aby w przyszłości było do czego solidnie przymocować drewniane schody... Tych drobiazgów jest taki bezlik, że mowy nie ma, aby je wszystkie wymienić, a zresztą zależą one od warunków, od indy­widualnych upodobań, a wreszcie od możliwości każdego budują­cego sobie domek. Przyłożyć się zresztą do roboty możemy od pierwszej właściwie już fazy budowy. Nie ma przecież żadnych przeszkód, aby samemu nie wykonać wykopów pod fundamenty. Ciężka jest wprawdzie praca kopacza, co stwierdzimy już po pierwszym dniu pracy, ale i kosztowna, a więc — okazja do zaoszczędzenia. Skoro mamy plany domku, to nie będziemy mieli żadnych trudności z wyty­czeniem w terenie granic wykopów — szczególnie, jeśli sprawdzi je później prowadzący budowę architekt czy technik — pamięta­jąc, że pomiary przeprowadzać należy taśmą stalową, a nie par­cianą, aby być pewnym dokładności co do centymetra. Nie sprawi nam też kłopotu — gdybyśmy musieli pracować w gruncie piasz­czystym — umocnienie szalowaniem z desek osypujących się ścian wykopu oraz właściwe wypoziomowanie jego dna Tu istotna uwaga: nie starajmy się przerzucać ziemi zbyt szyb­ko, gdyż zarżniemy się własnym tempem już po godzinie. Praco­wać łopatą trzeba powoli, nie nabierać zbyt wielkich porcji, ale za to kopać systematycznie, zaplanowawszy sobie uprzednio robotę tak, aby wyrzucać ziemię poza wykop w sposób zorganizowany i nie zatkać się w jakimś kącie, co spowoduje konieczność wielo­krotnego przerzucania ziemi, aby znalazła się tam, skąd łatwo ją wywieźć. W związku z tym druga uwaga: ziemi spod wykopów nie roz­rzucajmy po ogródku — po przyszłym ogródku — chyba, że mamy jakieś duże doły do zasypania. Nie dopuszczajmy też, aby na terenie tego ogródka znalazły się złomki cegieł, gruz i śmieci. Ziemia z wykopu fundamentowego jest jałowa, nie zawiera czyn­ników odżywczych dla roślin, jeśli więc pokryje grubą warstwą życiodajny humus — niewiele nam później wyrośnie w ogródku". Gruz zaś będzie nam nieustannie później przeszkadzał w upra­wach. Zasadą jest jak najszybsze pozbywanie się wszelkich śmieci, co w czasie budowy jest o tyle proste, że zawsze dowozi się mate­riał, a więc bez kłopotu, za nikłą opłatą można wejść w pertrak­tacje z woźnicą, czy kierowcą, aby zbyteczną ziemię czy śmieci wywiózł przy okazji na wysypisko. Nasz udział w budowie własnego domku jest oczywiście za­leżny od umowy, jaką mamy z wykonawcą. Wykonawca z reguły nie lubi, gdy mu się klient pęta po budowie, podejrzliwie przy­gląda, liczy cegły i nie dopuszcza do sprzedaży na boczku paru worków cementu. Nie twierdzę, że wszyscy wykonawcy są nie­uczciwi, ale wątpię również, czy znajdzie się w Polsce choć jedna budowa, na której pracowaliby sami święci pańscy. W cuda nie wierzę. Tak więc, umawiając się z wykonawcą, należy sobie wyraźnie zastrzec własne wykonawstwo pewnych prac, ewentualnie udział w tym wykonawstwie — co powinno znaleźć odzwierciedlenie w ko­sz i:orysie. Oczywiście, możemy to czynić tylko w wolnych chwi­lach, po pracy zawodowej, czy w czasie urlopu, ale zasada, że pańskie oko konia tuczy — przy budowaniu własnego domku jest zdumiewająco trafna. Oczywiście, wiele zależy od wykonawcy, ale nawet w przypad­kach, gdy spółdzielnia stosuje metodę oddawania gotowego budyn­ku wykończonego „pod klucz" — można się dogadać, można się umówić, że pewne roboty zostaną wyłączone z umowy. Najlepiej, rzecz prosta, jeśli umawiamy się z wykonawcą, że oddaje nam budynek w stanie surowym, z wykończoną murarką i stolarką, oraz wszelkimi instalacjami. Wtedy można sobie po maluśku, ale systematycznie, pokój po.pokoju dopieszczać własny domek i wykańczać, jak dusza zapragnie, ewentualnie, w razie czego angażując prywatnie fachowców do tych robót, których sami wykonać nie możemy. Ale wykańczanie polega przecież głównie na malowaniu, a to chyba potrafimy. Jeśli zaś nie jesteśmy jeszcze zbyt sprawni w machaniu pędzlem — szybko się tego nauczymy już po odmalo­waniu pierwszego pomieszczenia, pierwszych paru metrów pod­łogi. Radzę, nie po raz pierwszy, ściany malować farbami emulsyj­nymi. Obecnie na świecie innych farb — jak klejowych czy wapna — w ogóle już się nie stosuje. Unikniemy przez to wielu kłopo­tów w przyszłości. Ważne jest, aby odczekać — wspominałem już o tym — parę tygodni, póki tynki dobrze nie wyschną, aby unik­nąć plam i zacieków, które nie muszą, ale mogą powstać przy po­krywaniu emulsyjną farbą zbyt świeżych tynków. Jeśli musimy z jakichś powodów możliwie szybko malować ściany — malujemy je tylko raz, aby nie bieliły i nie brudziły, a z ostatecznym malo­waniem wstrzymajmy się nieco. Farby emulsyjne stosować można również — świetnie się do tego nadają — do malowania zewnętrznych ścian domu, wytrzy­mują bowiem doskonale zarówno moczenie przez deszcz, jak i do­wolnie niskie czy wysokie temperatury i wybornie się trzymają całymi latami. Przyjemniej jest mieć domek w żywym, wesołym kolorze, niż pokryty szarym tynkiem. Dodatkową zaletą farby emulsyjnej na ścianach zewnętrznych jest możliwość ich mycia. Ściany takie zawsze się kurzą, a wtedy wystarczy raz do roku spłukać je ostrym strumieniem wody z ogrodniczego węża. Podłogi — oczywiście chemolak, gdyż to oznacza spokój i unik­nięcie kłopotliwych pastowań, froterowań i nieustannej baczności, aby coś się nie rozlało, coś nie prysnęło. Malowanie okien, drzwi, framug — to teraz bardzo prosta praca. Nowe, nadzwyczaj wytrzymałe i łatwe w użyciu farby syntetycz­ne są obecnie do nabycia wszędzie. Trudno mi tu doradzać, ja­kieś określone gatunki do określonych malunków, zbyt bowiem ich jest dużo, ale sprzedawcy w sklepach z farbami, sklepach spe­cjalistycznych na ogół są dobrymi fachowcami i chętnie doradzą, którą farbę rnożna używać do malowania wewnętrznego, a którą do zewnętrznego. Większość z nich jest wprawdzie wodoodporna, ale nie wszystkie, najlepiej więc zapytać i bardzo uważnie prze­studiować etykietę, na której zawsze jest bogata literatura przed­miotu, informująca zarówno o sposobie użycia, jak i o właściwoś­ciach farby. Budowanie Własnego domku, to sprawa nie taka prosta. Nie mogę wdawać się w szczegółowsze rozważania na ten temat, nie mogę podawać dokładniejszych przepisów na określone prace, al­bowiem rozsadziłoby to ramy tej książeczki. Znów wypada mi chętnych odesłać do księgarni, gdzie na pewno znajdą dziesiątki specjalistycznych poradników na różnych szczeblach wtajemnicze­nia i z różnych dziedzin wiedzy budowlanej. Sądzę jednak, że Czytelnicy moi — choć nie są wysoko kwalifikowanymi rzemieśl­nikami — dadzą sobie radę nawet i z tymi trudniejszymi robo­tami. Ostatecznie nie święci garnki lepią, co właśnie starałem się przez paręset stron udowodnić i co, mam nadzieję, udało mi się. A czyniłem to z głębokim przekonaniem, albowiem tak się zło­żyło, że sprawdziłem na samym sobie, że istotnie nie święci garnki lepią. Nie jestem żadnym technicznym fachowcem, lecz człowie­kiem utrzymującym się z pióra, a więc wydawałoby się jak naj­dalszym od problemów technicznych. A jednak choć — bądźmy szczerzy — nie wybudowałem sam własnego doimJku, to jednak w całkowicie zrujnowanym domku przeprowadziłem generalny remont, bardzo poważną przebudowę i rozbudowę, co było nie­wiele mniej skomplikowane niż budowa od nowa. No i jakoś od wielu lat mieszkam, nic się mi nie rozsypuje, nic nie wali, a i nadzór budowlany nie ma do mnie żadnych pretensji. Ja za to mam olbrzymią satysfakcję, że... właśnie sam, że włas­nymi rękoma. A poza tym gdybym musiał zlecić tę przebudowę komukolwiek, czy to spółdzielni, czy prywatnemu rzemieślnikowi — gdybym musiał do każdej drobnej naprawy wzywać fachowca — albo nigdy w życiu nie byłoby mnie stać na mieszkanie we własnym domku, albo mieszkałbym w ruinach. W podobnej sytuacji jest wielu z nas i jeśli tymi paroma uwa­gami niektórych zachęcę do dzieła, do przeliczenia sił na zamiary — będę miał chyba prawo uważać, że swe zadanie spełniłem.