Reklama
A A A

Posłuszne demony

Minęły czasy prehistorii, kiedy wystarczyło przykryć się na noc wiechciem siana i zasłonić otwór jaskini skórą upolowanego dzirytem zwierzęcia. Niektórzy wprawdzie owe czasy chwalą i ża­łują, że przeszły, ale my przyzwyczailiśmy się jednak do innego stylu życia, do urządzeń bardziej skomplikowanych niż kij, wy­dajniejszych niż kamienne żarna, wygodniejszych w użyciu, niż krzesiwo i hubka. Chcemy czy nie chcemy, opieramy się czy ule­gamy — w codziennym życiu coraz więcej otacza nas najprzeróż­niejszych aparatur domowych, nowych urządzeń i usprawnień, które oszczędzają nam pracy, ułatwiają ją, często redukują do minimum. Lodówka, piecyk gazowy, żelazko elektryczne, elektroluks, mik­ser, pralka, automatyczny ruszt, robot kuchenny, grzałka, golarka — oto pierwsze z brzegu mechanizmy domowe, których przyzwy­czailiśmy się używać, które stały się nam niezbędne, bez których nie wyobrażamy sobie życia i wściekamy się, gdy ulegną jakie­muś defektowi. Jasne, defekty zdarzać się muszą. Im bowiem urządzenia bar­dziej skomplikowane, tym łatwiej się psują. Więcej w nich jest elementów do uszkodzenia. Współczesna technika dąży więc przy produkcji aparatów masowego użycia do jak największego uprosz­czenia konstrukcyjnego, do wyeliminowania konieczności smaro­wania, konserwacji i czyszczenia. Stąd nierdzewne metale, two­rzywo sztuczne, stąd tendencja do redukowania części zbędnych, niekoniecznych do działania aparatu. Niemniej aparaty te wymagają właściwej konserwacji, okre­sowych przeglądów, a przede wszystkim wymagają właściwego używania zgodnie z przeznaczeniem i zgodnie z fabrycznymi in­strukcjami. Na przykład lodówka: nie wymaga ona w zasadzie żadnej kon­serwacji, jeśli chodzi o agregaty chłodzące czy też silnicżki w lo­dówkach sprężarkowych. Natomiast bardzo istotne jest właściwe używanie lodówki. Bardzo ważne jest, aby lodówka stała idealnie równo, gdyż tylko wtedy kompresor działa cicho i włącza się we właściwych momentach. Jeśli mamy poziomnicę, jesteśmy w sta­nie ustawić bez większego kłopotu naszą lodówkę, jak należy; jeśli poziomnicy nie mamy — używamy jakiejkolwiek kulki, choć­by koralika, który kładziemy na wierzchu lodówki i poty dopaso­wujemy podkładki pod nóżki, póki koralik ustawiony w każdym punkcie nie stacza się w żadną stronę. Jeśli lodówka jest z wierz­chu obła — jak to bywa w starszych typach — manipulację z ko­ralikiem przeprowadzamy na dnie naszej lodówki, po otwarciu drzwi. Rys. 49. Schematyczny rysu­nek prawidłowego ustawienia lodówki i sposób jej wypozio-mowania Druga sprawa to regularne odmrażanie i usuwanie lodu, który gromadzi się na ściankach komory chłodzącej. Błędny jest po­gląd, że gruba warstwa lodu, skondensowanego z parującej wody, lepiej chłodzi. Nic podobnego! Przeciwnie, lód — choć to zabrzmi jak paradoks — tworzy w tym wypadku izolację przed zimnem i uniemożliwia osiągnięcie odpowiednio niskiej temperatury, nie mówiąc o tym, że znacznie bardziej obciąża silnik kompresora i tym samym podnosi zużycie prądu. Nie można więc się lenić, odmrażanie bowiem lodówki przeprowadzać należy co najmniej raz na dwa tygodnie. Jak odmrażać? Proste: wyłączamy lodówkę z kontaktu, otwie­ramy drzwiczki, wyjmujemy wszystkie produkty i odczekujemy kilkanaście minut, póki lód trochę nie odtaje. Wtedy można de­likatnie próbować oderwać kawały lodu od ścianki komory, uwa­żając, aby przypadkiem nie przerwać wątłych przewodów przez które przepływa ciecz chłodząca ani drutów prowadzących do wyłącznika i regulatora. Po dokładnym odmrożeniu lodówkę wy­cieramy do sucha od wewnątrz a przy okazji, rzecz prosta, ją myjemy. s Skoro już jesteśmy przy lodówce, to rada dla tych, którzy lo­dówki jeszcze nie mają, lecz kupić ją zamierzają. Lepiej jest ku­pować — jeśli oczywiście nas na to stać — raczej lodówkę więk­szą. Pozwoli to na używanie jej w charakterze spiżarni, na ku­powanie mięsa raz na tydzień, na przechowywanie w lodówce ja­rzyn i owoców, na chłodzenie mleka i w ogóle na znacznie racjo­nalniejszą gospodarkę. W dużej lodówce bowiem na każdym po­ziomie jest inna temperatura i po kilkudniowej praktyce będzie­my wiedzieli, gdzie trzymać jarzyny, aby nie przemarzły zbytnio, a gdzie mięso czy wędliny. Piecyk gazowy. Zasadniczo nie należy, a nawet nie wolno laikom dłubać przy urządzeniach gazowych. Każda bowiem nie­prawidłowość okrutnie może się zemścić. Niemniej pewne czyn­ności możemy wykonywać bez uciekania się do pomocy montera z gazowni. Bywa tak, że piecyk grzeje coraz słabiej, aż wreszcie zaczyna ciec z niego ledwie ciepła woda. Najczęściej powodem jest zatkanie się maleńkich dziurek, przez które wychodzi gaz. Możemy to naprawić w kwadrans, nie dotykając urządzeń, któ­rych dotykać nie mamy prawa. Najpierw zakręcamy główny zawór gazu w piecyku specjalnym kluczem czworokątnym. Gdy stwierdzimy, że dopływ gazu jest już na pewno zamknięty, zdejmujemy czołową ściankę piecyka i przystępujemy do wymontowania palnika. Znów trudno tu dać przepis na wymontowywanie. W różnych bowiem typach piecy­ków różne jest zamocowanie palnika. Potrzebny nam do tego bę­dzie duży klucz, zwany „żabką", gdyż na ogół jest to duża i moc­no zakręcona śruba. Stwierdziwszy, którą śrubę należy odkręcić, aby palnik odłączyć, podkładamy pod szczęki klucza tekturę, żeby nie pokaleczyć śruby, i odkręcamy ją. Musimy przy tym uważać, aby przy okazji nie zawadzić naszą „żabką" o przewód małego płomyczka czy inną część. Po odkręceniu palnika ostrożnie go wyjmujemy i dziurkowane rureczki dokładnie czyścimy drucianą szczotką. Jeśli to nie pomoże i dziurki w dalszym ciągu będą za­tkane, można je oczyścić bardzo cienką igłą. Czynić to jednak trzeba ogromnie precyzyjnie, aby dziurek nie powiększać, gdyż płomień wychodzący ze zbyt dużych otworów grzeje znacznie słabiej. Po oczyszczeniu palnika montujemy go z powrotem. Silnie do­kręcamy śrubę, po czym sprawdzamy — oczywiście po włączeniu gazu głównym zaworem — czy gdzieś się gaz nie ulatnia. Zapa­lamy więc zapałkę, przeprowadzamy ją wokół obwodu śruby, którą przykręciliśmy. Na wszelki wypadek sprawdźmy także przy okazji wszystkie połączenia gazowe oraz wyczyśćmy z osadów i paprochów blaszkę która znajduje się pod palnikiem. Z robotem kuchennym czy mikserem — sprawa jest prosta: należy się przede wszystkim stosować do przepisu fabrycznego, jaki dołączony jest do każdego egzemplarza. Przepis ten należy dokładnie przeczytać — ale przeczytać, nie przerzucić — i zapa­miętać. Używając robota trzeba uważać, aby woda i zanieczysz­czenia nie dostały się do silniczka, który wprawdzie jest zabez­pieczony i hermetycznie zamknięty, ale żadne zabezpieczenie nigdy nie jest absolutnie pewne. Nie należy więc korpusu robota narażać na zachlapanie, nie zanurzać go w płynach i nie myć pod bieżącą wodą, lecz tylko wycierać wilgotną szmatą. Pracujące części robota, jak wirniki, mieszadła itp., myjemy natychmiast po użyciu ciepłą, ale nie gorącą, wodą z dodatkiem proszku do pra­nia. W żadnym wypadku — nawet jeśli elementy robota zabru­dzone są tłustościami — nie wolno używać benzyny, która bardzo źle wpływa na plastykowe obudowy, nie mówiąc o tym, że pozo­stawia zapach trudny do usunięcia. Ważną rzeczą jest używanie odpowiednich końcówek do odpo­wiednich czynności. Mieszadło do ubijania piany nie może być stosowane do rozrabiania ciasta na kluski, gdyż delikatne pręty mogą się zdeformować lub połamać. Dbać też należy, aby za każ­dym razem dokładnie 'mocować końcówkę w uchwycie, aby nie wypadała w czasie pracy, co prowadzi do nadmiernego zużywa­nia się uchwytu. No, a o tym, że natychmiast po użyciu robot należy umyć, wysuszyć i zapakować — nie trzeba chyba przy­pominać. Podobnie obchodzić się należy z elektroluksem, elektryczną maszynką do golenia, wentylatorkiem pokojowym czy innymi aparaturami zaopatrzonymi w elektryczny silniczek. A więc uży­wać zgodnie z przeznaczeniem, po użyciu wyczyścić i schować, nie próbując stosować własnych koncepcji konstrukcyjnych. Uszkodzenia elektrycznych sprzętów zdarzają się w zasadzie dwojakie: albo przeciera się lub przerywa przewód prądu, albo psuje się wyłącznik. Przerwanie kabla nie jest dla nas straszne, potrafimy bowiem go zreperować, ale podkreślam, że zawsze warto — zamiast łączyć stary kabel — zainstalować nowy. Prze­palenie się przewodu w jednym miejscu pozwala sądzić, że nie­bawem ulegnie on przepaleniu w innym, osłabione bowiem druty i sparciała izolacja sprzyjają temu, szczególnie przy takich urzą­dzeniach jak elektroluks, gdzie przewód stale jest poruszany, skręcany i zwijany. Zepsutego wyłącznika na ogół się nie naprawia, nie warto bo­wiem tego czynić. Nowy kosztuje dosłownie grosze. Zdarza się jednak, że wyłącznik w jakimś importowanym urządzeniu jest nietypowy i w żaden sposób nie można dostać ani identycznego, ani nawet podobnego, który pasowałby do obudowy. Wtedy pod­łączamy przewód do silniezika na stałe — wyłącznik zaś montu­jemy wprost na kablu, kupując w sklepie tak zwany wyłącznik przelotowy. Bywa też, że zepsuje się sam silniczek elektryczny. Rzadko to się zdarza. Silniczki bowiem elektryczne są dość niezawodne w działaniu, ale przecież się zdarza. Nie próbujmy go sami na­prawiać. To się nie uda. W takim wypadku zanosimy do elek­tryka całe urządzenie bądź wymontowany silniczek. Jeśli jednak będziemy stosować się ściśle do instrukcji fabrycz­nych, jeśli będziemy właściwie używali i konserwowali nasze mechaniczne demony — będą nam one wiernie służyły bez ko­nieczności interwencji fachowca.