Moje haki świadczą o mnie
Na ogół zresztą, bądźmy szczerzy, świadczą raczej źle. Byle jak wbite gwoździe, wykruszony tynk, krzywo wiszące półki, kiwające się haki od karniszy i obrazki, które przy byle tupnięciu lecą na podłogę. Nieco lepiej lub nieco gorzej, ale mniej więcej tak właśnie wyglądają na ogół nasze mieszkania. Zabierzmy się więc któregoś wolniejszego dnia do roboty, aby ten przynajmniej odcinek doprowadzić do porządku.
Od czego zaczniemy?
Na to pytanie odpowiem opisem tego, co kiedyś mi się przydarzyło.
Pewnego dnia zdecydowałem się wyciągnąć wszystkie gwoździe powbijane w najnieprawdopodobniejszych miejscach kuchni. Niektóre powyjmowałem palcami (te ze ścian), niektóre — obcęgami.
Rys. 3. Tak właśnie należy wyciągać zbyteczne gwoździe, jeśli nie chcemy wgnieść tynku lub uszkodzić politu-rowanej powierzchni
Tu jedna istotna uwaga: do wyciągania gwoździ — czy to z murowanych ścian, czy to z drewnianych framug — niesłychanie nam się przyda zwykła deseczka z twardego drewna, o wymiarach mniej więcej 5X5 cm lub nieco większa. Deseczkę tę podkładamy obok gwoździa pod obcęgi i tym sposobem uzyskujemy po pierwsze lepsze działanie dźwigni, a co za tym idzie łatwiejsze wyjęcie gwoździa, a po drugie — rozkładając nacisk na całą powierzchnię deseczki — unikamy brzydkich wgnieceń, szczególnie w murze, które później musielibyśmy pracowicie szpachlować i wyrównywać.
Wyciągnąłem więc pracowicie owe gwoździe i... okazało się, że było ich aż 27. Po krótkim zastanowieniu się doszedłem do wniosku, że co najmniej połowa z nich jest zbyteczna.
A zresztą po co gwoździe? W sklepach można teraz dostać dosłownie za grosze najrozmaitsze wieszaczki, haczyki i uchwyty z tworzyw sztucznych mocowane na wkrętki. Wystarczy zastanowić się, ile naprawdę musimy mieć punktów do wieszania rozmaitych drobiazgów, po czym — kupić odpowiednią ilość wiesza-dełek.
Tu jeszcze jedna uwaga: najlepiej wszelkie wieszaki przykręcić wkrętkami mosiężnymi, miedzianymi, kadmowanymi lub pokrytymi czymkolwiek, co zabezpiecza je przed rdzą i czernieniem. Są one nieco droższe, ale zaręczam, że to się opłaca. Szczególnie w kuchni, gdzie zawsze jest więcej wilgoci niż w innych pomieszczeniach.
Gwoździe znikły — zostały dziury. Tymi, które zostały w drewnianych sprzętach i ramach okiennych zajmiemy się nieco później, bo nie rażą tak jak szczerby w tynkach. I do tych ostatnich właśnie teraz się zabierzemy.
Potrzebne nam będą: niewielka miska, łyżka stołowa, kilogram
gipsu, najzwyklejszy nóż stołowy o możliwie szerokim i giętkim
ostrzu i11^ ^ecznze lornoj stolarska szpachla, oraz dziecinne wia-
derko czystego drobnego piasku. *
Gips kupujemy w najbliższej mydłami, i to gips sztukatorski, a nie tzw. „dentystyczny" czy „alabastrowy". Z piaskiem nie będzie chyba trudności.
Z głębszych dziur wydmuchujemy pył i okruchy — najlepiej używając do tego giętkiej gumowej rurki. Aby sobie nie zaprószyć ' oczu możemy założyć okulary. Płytkie i szerokie dziury przeczyszczamy suchym pędzlem lub miotełką. Wreszcie zwilżamy otwory wcdą (doskonale nadaje się do tego celu gruszka gumowa
tzw. „śmigusówka") i możemy przygotować materiał na łaty, co jest procedurą nader mało skomplikowaną. Mieszamy mianowicie na sucho gips z piaskiem, w stosunku mniej więcej pół na pół piasku i gipsu, po czym stale mieszając, ostrożnie dolewamy wodę, póki nie otrzymamy masy o konsystencji gęstej śmietany. Masą tą wypełniamy dokładnie dziury, a nadmiar zbieramy nożem lub szpachlą równiutko z płaszczyzną ściany. Wszystkie te czynności wykonujemy możliwie szybko, gips bowiem po zmieszaniu z wodą szybko tężeje i przestaje być plastyczny (w pewnym stopniu zapobiega temu dodanie do wody octu). Dlatego też należy przygotowywać masę gipsową w małych porcjach, a po przyrządzeniu każdej porcji — zarówno miseczkę, jak nóż i łyżkę — dokładnie wypłukać pod bieżącą wodą. Świeży gips zmywa się łatwo, natomiast ze skawalonym, zaschniętym jest wiele kłopotu.
Teraz chwilę się zastanawiamy, gdzie nam będą potrzebne haki i wieszaczki oraz ile ich musimy mieć. Pamiętajmy o umiarze, pamiętajmy też, że wiele ściereczek, sitek itp. możemy powiesić na wieszaczkach umocowanych na wewnętrznej stronie drzwi od szafy, kredensu czy też obudowy zlewu, jeśli takową w kuchni posiadamy. Wtedy kuchnia wygląda o wiele estetyczniej i o wiele łatwiej w niej utrzymać porządek.
Rys. 4. Kucie otworu w ścianie przebijakiem
Gdy już mamy upatrzone miejsca, przystępujemy do wykuwania otworów. Po zaznaczeniu miękkim ołówkiem właściwych miejsc, przykładamy nasz przebijak rurkowy prostopadle do ściany i lekkimi uderzeniami młotka zaczynamy kuć. Po każdym uderzeniu przebijak nieco przekręcamy cały czas jednak pamiętając o tym, aby nie zmieniał się jego kąt nachylenia względem ściany. Ważne jest, aby uderzać lekko. Trwa to wprawdzie nieco dłużej, ale za to okoliczny tynk pozostaje cały i nienaruszony. Gdy ostrze przebije warstwę tynku — możemy uderzać nieco mocniej, za każdym uderzeniem, przypominam, obracając narzędzie.
Jak głęboki ma być otwór? To zależy oczywiście od tego, co zamierzamy powiesić: miniaturę czy na przykład półkę na książki. W każdym razie wystarczy otwór głębokości 5—6 cm. Co kilkanaście uderzeń wyjmujemy narzędzie z otworu i wysypujemy gruz. Oczywiście, nie należy zapominać o podłożeniu gazety, a po wykuciu otworu — o zamieceniu podłogi.
Gdy otwór jest już dostatecznie głęboki, wydmuchujemy z niego rurką gumową resztki pyłu i teraz już możemy go zakołkować. W tym celu z kawałka suchego miękkiego drewna — najlepiej świerkowego lub sosnowego — wycinamy ostrym nożem okrągły kołek, którego średnica powinna być większa od średnicy otworu. Niewiele, ale większa. Musimy bowiem pamiętać, że drewno ulega ściśnięciu, a cała rzecz w tym, aby kołek ,,siedział,, w murze możliwie mocno. Następnie mierzymy, dokładnie głębokość otworu i przycinamy kołeczek do takiej samej długości, zaś koniec, którym będziemy go wbijać, lekko zaostrzamy. Wbijamy kołeczek w otwór tak, aby jego koniec zrównał się z płaszczyzną ściany i — gotowe.
Teraz możemy już wbić w środek kołka hak, wkręcić wkrętkę wieszaka czy — choć tego raczej unikajmy — wbić gwóźdź. Jeśli wszystkie czynności wykonamy dokładnie, to zaręczam, że na tak zamocowanych hakach można się huśtać. Nie wypadną.
Do mocowania haków i śrub w murowanych i betonowych ścianach zaczęto u nas produkować dość prosty przyrządzik. Mianowicie zamiast pracowitego strugania kołka z drzewa, kupujemy dziś w sklepie gotowe już plastykowe kołeczki odpowiedniej wielkości, z dopasowanymi do nich śrubami i ze stosowną dziurką w środku. Wystarczy wykuć dziurkę w rrmr7P whir w nią plastykowy kołeczek, a następnie wkręcić śrubę. Trzyma nie gorzej niż hak i na ogół nie wymaga gipsowania czy dodatkowego umacniania.
Bywa jednak, że ściany — w bardzo starych domach, w których tynki już skruszały i sypią się z byle powodu lub też w domach nowych, ale tandetnie otynkowanych — mimo ostrożnego wykuwania dziur otrzymujemy otwory cztery razy większe niż zamierzyliśmy i tylko najgłębsza część otworu pasuje mniej więcej do plastykowego kołka. Wtedy nie ma rady — musimy otwór doprowadzić do stanu właściwego. Umieszczamy więc kołek prowizorycznie w wykutej dziurze i znaną już mieszaniną gipsu z piaskiem wypełniamy ubytki, pilnie bacząc, aby mieszanina nie dostała się do otworu w kołku i nie zablokowała nam możliwości wkręcenia śruby.
Jeśli chodzi o umacnianie kołków i wszelkie wypełnianie ubytków, gips zmieszany z piaskiem jest materiałem najłatwiejszym w użyciu i bardzo szybko tężejącym. Nie jest on jednak materiałem najlepszym. Znacznie trwalszym jest cement, który również mieszamy pół na pół z drobnym, najlepiej przesianym piaskiem i rozrabiamy wodą do odpowiedniej konsystencji rzadkiego ciasta. Musimy jednak — jeśli używamy cementowej zaprawy do mocowania kołków — odczekać co najmniej dwadzieścia cztery godziny z powieszeniem na hakach karniszy czy ciężkiego obrazu, aby cement zdążył należycie się związać i stwardnieć.
Podobnie, jeśli cementową zaprawą łatamy dziury — wstrzymajmy się z malowaniem przez parę dni, aby zaprawa dobrze wyschła. Unikniemy wtedy plam czy choćby różnic w kolorze.
Gorzej, jeśli musimy osadzić kołek w ścianie z pustych cegieł, tak zwanych „dziurawek". Wtedy po przebiciu warstwy tynku ostrze natrafia na cieniutką ściankę cegły, a dalej — na pustkę. Nie zrażajmy się jednak tym. Wsuwamy w takim wypadku przebijak głębiej, aby sięgnął przeciwnej ścianki cegły od wewnątrz i kilkoma delikatnymi uderzeniami robimy w tej ściance płytki otwór, w którym po wbiciu kołka utkwi jego koniec. Aby jeszcze lepiej wszystko się trzymało — tuż przed wbiciem nakładamy na zaostrzony koniec kołka grudkę zaprawy rozrobionej woda, która po zaschnięciu umocni kołek.
Najlepiej jednak używać preparatu „Herkules' Jest to proszek, który rozrabiamy wodą do konsystencji ciasta. Używać go możemy zarówno do dziur pod haki, bez stosowania wtedy kołków, jak do wypełniania większych ubytków w drewnie. Zasycha na twardo, świetnie się szlifuje i jest łatwy w użyciu. Jedno tylko zastrzeżenie: nie należy stosować go do wypełniania dziur w murze, który ma być malowany farbą klejową lub emulsyjną, gdyż, niestety — jest to jedyna wada „Herkulesa" — przebija spod farby.
Aby tego uniknąć, można „Herkules" zamiast wodą — rozrabiać farbą emulsyjną, używając, rzecz prosta, tego koloru, którym później malowana będzie ściana.
Dziury czy łaty? Oczywiście lepsze z dwojga złego są już łaty, które zostaną na ścianach po wypełnieniu dziur zaprawą. Łaty te znikną zresztą po pierwszym malowaniu mieszkania, ale i bez tego bardzo łatwo możemy je uczynić prawie niewidocznymi. Wystarczą zwykłe akwarelowe farby, tak zwane „wodne". W niewielkim naczyniu z wodą mieszamy odpowiednie kolory, aby uzyskać odcień taki, jak kolor ściany, po czym pędzelkiem lub po prostu kawałkiem szmatki umoczonym w przygotowanej farbie zabarwiamy łatę. Jeśli kolor jest starannie dobrany — łata zniknie, jeśli nie zniknie zupełnie — to przynajmniej stanie się mniej widoczna.
Rys. 5. Szpachlowanie dziur w drewnie — w perspektywie i w przekroju
Teraz zabierzemy się do drewna, zostały bowiem w półkach, drzwiczkach i ramach okiennych dziury po wyjętych gwoździach. No i nie wbiliśmy haków w tak pracowicie mocowane w murze kołki, a wie-szaczki też jeszcze nie przykręcone.
Gwoździe i haki wbijamy w zamocowane już w ścianie kołki, pamiętając, aby długość gwoździa nie przekraczała długości kołka. Wbijamy je możliwie głęboko w kołek, dbając jednak o to, aby swobodnie można było na główkę gwoździa czy haka włożyć zaczep półki, karnisza lub uszko obrazu.
Do wieszania obrazów polecam zresztą gorąco gwoździe zwane „papiakami". Mają one płaską, szeroką główkę, która przewy-bornie zabezpiecza uszko obrazu od ześlizgnięcia się, nawet gdyby miało nastąpić średniej siły trzęsienie ziemi.
Wszelkie wieszaczki mocujemy wkrętkami. Najlepiej, jak już wspomniałem, wkrętkami mosiężnymi bądź mosiądzowanymi. Zaznaczamy ołówkiem miejsce, po czym lekko, na 3—4 milimetry wbijamy w to miejsce średniej grubości gwóźdź. Gdy go wyjmiemy, uzyskamy wgłębienie prowadzące ostrze wkrętki, która nie będzie się nam wtedy chwiać i krzywić pod naciskiem wkrętaka. Tu uwaga: bardzo niedbali rzemieślnicy wbijają młotkiem wkrętki do połowy, dokręcając tylko ostatnich kilka obrotów. Może to i szybciej, ale wkrętka wtedy o wiele gorzej trzyma. Nigdy tego nie róbmy! Aby dokręcanie szło łatwiej, wystarczy gwint posmarować lekko suchym mydłem albo stearyną (ze świecy).
Dokręcamy do oporu, uważając, aby wkrętki nie przekręcić oraz aby nie zmiażdżyć oprawki wieszaczka, często robionego z twardego, lecz kruchego tworzywa sztucznego, na przykład polistyrenu.
W drzewie pozostały jednak jeszcze dziury, które musimy zlikwidować. Potrzebne są do tego dwie rzeczy: szpachla i szpach-lówka. Szpachla to po prostu kawałek giętkiej, stalowej blachy w kształcie wydłużonego trójkąta, osadzonej na trzonku drewnianym lub metalowym; szpachlówka to podobna do kitu masa, którą każdy z nas mógłby zrobić sam, ale o wiele wygodniej jest kupić w najbliższym sklepie mydlarskim czy farbiarskim półkilogramową puszkę gotowej masy, najlepiej białej. Tam też dostaniemy i szpachlę.
Na koniec szpachli nabieramy nieco szpachlówki i wciskamy ją w dziurę, a następnie powierzchnię wyrównujemy do płaszczyzny drewna. Na Hrngi dzień, gdy masa wyschnie, szlifujemy ją papierem ściernym, najpierw grubszym, a potem drobniejszym. Czasami, gdy dziura jest większa, zdarzyć się może, że szpachlówka wysychając skurczy się i pozostanie wklęśnięcie. Wtedy po prostu powtarzamy szpachlowanie jeszcze raz.
Po tej operacji — jeśli powierzchnie były malowane na biało, szpachlówka zaś również biała — ślad naprawy będzie niemal niezauważalny. Gdybyśmy jednak łatali powierzchnię innego koloru, trzeba będzie przemalować całość, co zresztą jest o wiele mniej skomplikowane, niżby się to mogło wydawać.