Jak w uchu
Tak właśnie jak w przysłowiowym uchu powinno być ciepło* w naszym mieszkaniu zimową porą. Z zimą zresztą pół biedy, ale najgorzej bywa jesienią i wiosną, kiedy trzęsiemy się z zimna, opatuleni we wszystkie posiadane swetry. Wiadomo, że w kotłowni zaczynają palić zawsze o te parę dni za późno, a na rozporządzenie, że jeśli przez ileś tam dni temperatura wynosi poniżej iluś tam stopni, to należy palić pod kotłami — elektrociepłownia i palacze często nie zwracają uwagi.
Wskazówek dotyczących uszczelniania okien i drzwi nie będziemy tu już powtarzać, bo omówiliśmy to szczegółowo w osobnym rozdziale. Ograniczymy się do przypomnienia, że zeszłoroczne uszczelnienie należy dokładnie sprawdzić, a tam, gdzie się odkleiło lub wykruszyło — poprawić. Jeśli mieliśmy uszczelnienie z waty, należy wymienić je całkowicie na nowe, gdyż zbita i stłamszona wata będzie przepuszczać zimno.
Aby jednak w mieszkaniu było ciepło, nie wystarczy zaopatrzenie okien i drzwi. Trzeba również zaopiekować się elementami grzejnymi, to znaczy kaloryferami, ewentualnie piecami.
Z kaloryferami sprawa jest w gruncie rzeczy dość prosta, więc niewiele będzie z nimi do roboty. Czysto, sucho, ciepło i szczelnie — te cztery warunki muszą obowiązywać każdy przyzwoity kaloryfer, aby dobrze grzał, przy czym obojętne jest, czy to będzie ciepło z elektrociepłowni, czy z instalacji domowej. A więc przede wszystkim — czysto. To znaczy, że musimy dbać o to, aby na żeberkach kaloryferów nie było kurzu ani bryzgów zaprawy lub kleju z ostatniego odnawiania. Trochę kłopotliwe jest to czyszczenie żeberek, szczególnie od strony ściany, ale trzeba pamiętać o tym, że brud na powierzchni grzejnej znacznie osłabia działanie grzejnika. Dlatego też trzeba uważać, aby kaloryfer nie był zbyt grubo pomalowany. Może się zdarzyć, iż w dążeniu do czystości malujemy kaloryfery dwa razy w roku. Po kilku latach
żeberka są piękne i gładkie, ale... nie grzeją. Farba leżąca zbyt grubą warstwą stała się wyborną, ale dla kaloryferów bardzo szkodliwą izolacją cieplną. Jeśli farby jest za dużo — co sprawdzamy dłubiąc w niej jakimś ostrym kolcem — opłaca się ją zeskrobać i pomalować kaloryfery na nowo, tym razem tylko raz lub najwyżej dwa razy.
Największy kłopot bywa z nieszczelnościami i na to, niestety, poradzić może tylko hydraulik.
Jeśli cieknie przy kranie, możemy spróbować zaradzić własnymi siłami, dokręcając złącze dużą ,,żabką", ale jeśli cieknie na złączach między żeberkami — nie ma co próbować, bo nie damy rady.
Radzę zaopatrzyć się w specjalnie gliniane zbiorniczki, tzw. zwilżacze, i dbać o to, aby były one zawsze napełnione wodą. Jeśli zbiorniczków akurat w sklepie nie ma, możemy postawić na kaloryferze miseczki z niepolewanej gliny. Zbiorniczki takie zapewnią nam w mieszkaniu właściwą wilgotność powietrza, nie będziemy się budzić rano z ustami spierzchniętymi i zeschniętymi.
Obecnie w sklepach „Eldomu" sprzedają blaszane nawilżacze, płaskie i wygodrie, działające na zasadzie hygroskopijności bibuły, jedną krawędzią zanurzonej w zbiorniczku z wodą. Są one estetyczne, nie przeszkadzają i bardzo intensywnie wydzielają wilgoć.
I pamiętajmy, że pokrętki w kaloryferach powinny działać należycie, to znaczy obracać się lekko, ale nie za luźno i powinny być całe, nie obtłuczone.
Większy ambaras bywa z piecami. Zdarza się, że piec kaflowy, który przez tyle lat grzał jak należy, zużywał mało paliwa i długo trzymał ciepło, którejś jesieni traci te wszystkie właściwości. Wymaga całych kubłów węgla, zanim się trochę nagrzeje, a po paru godzinach staje się tak zimny, jakby w nim nigdy nie palono.
Powodem tego jest przeważnie nieszczelność pieca. Z upływem czasu wykruszyła się glina zabezpieczająca oprawę drzwiczek i palenisko lub obluzował się ruszt.
Rozbierać pieca nie radzę. Do tego potrzebny jest koniecznie fachowiec — zdun, który potrafi piec przestawić. Najczęściej jednak żadne rozbieranie nie jest potrzebne i wystarczy uszczel-nienie domowym sposobem. Zaczynamy od komory paleniskowej. Najpierw dokładnie oczyszczamy piec, lekko obstukując kawałkiem drewma jego wnętrze, aby obluźnione fragmenty starej wyprawy glinianej ostatecznie odpadły i abyśmy dokładnie wiedzieli, gdzie należy tę wyprawę uzupełnić.
Teraz rozrabiamy glinę z wodą, dodając na pół wiadra gliny cztery do pięciu garści piasku i garść soli. Glina powinna mieć konsystencję rzadkiego ciasta i nie zawierać żadnych gruzełków. Gdy glina jest już wyrobiona, przystępujemy do dzieła. Najpierw obficie zwilżamy ścianki komory pieca wodą, po czym wszelkie dziury i nierówności we wnętrzu pieca — tak głęboko, jak tylko możemy sięgnąć ręką — wylepiamy na gładko gliną, a większe ubytki zatykamy kawałkami potłuczonych cegieł. Oto i wszystko. Teraz trzeba tylko na parę dni zostawić piec otwarty, aby glina wyschła na przewiewie.
Gdy komora paleniskowa jest już gładko wylepiona, uszczelniamy oprawę drzwiczek i to zarówno drzwiczek od paleniska, jak i od popielnika. Zatykamy widoczne szpary, wciskając glinę tak głęboko, jak się tylko da — zarówno z zewnątrz, jak i od środka — po czym wygładzamy ją palcami. Wiele drzwiczek paleniskowych, tych pojedynczych, jest również wylepionych gliną. Na wewnętrznej stronie takich drzwiczek znajdują się specjalne kołki metalowe, na których trzyma się warstwa gliny. Obtłukujemy z nich starą glinę, czyścimy starannie drzwiczki i wylepiamy je nową warstwą zaprawy glinianej. Należy to czynić nawet w zimie, natychmiast, gdy tylko zauważymy, że stara glina się wykrusza.
Do powyższych zapraw starajmy się dostać glinę specjalną, tak zwaną szamo-
wytrzymała na wysoką temperaturę od gliny zwykłej. Zwykła jednak — w razie braku szamotowej — również nieźle będzie nam służyła. Ciepło uciekać nam jednak może nie tylko przez drzwiczki pieca, ale i przez szpary w kaflach oraz przez rury, łączące piec z kominem. Musimy również sprawdzić, czy rury te są szczelne. Jeśli rura blaszana — ta, która łączy kanał wylotowy pieca ze ścianą — jest dziurawa, poprawiamy, najlepiej gipsem. Jeśli otwór w rurze jest niewielki, nakładamy na jej wierzch kawałek odpowiednio wygiętej blachy, pod którą podkładamy warstwę gliny, a samą blachę przymocowujemy do rury drutem i jeszcze raz z wierzchu smarujemy ją gliną. Zwracamy również uwagę na zasuwy, czy są szczelne, czy dokładnie zamykają otwór kanałowy. Jeśli nie, poprawiamy, a ewentualne szczeliny zalepiamy gliną, która — jak to widać z powyższych przykładów — jest w zduńskim majstrowaniu elementem niezastąpionym i właściwie jedynym, jaki jest potrzebny. Dlatego też warto mieć w piwnicy trochę suchej gliny, którą w razie potrzeby zawsze można sobie rozrobić z wodą i to czy owo w piecu poprawić.
Szpary między kaflami uszczelniamy kredą z octem, której nadmiar usuwamy za pomocą kawałka blachy i mokrej szmaty i posypujemy, a właściwie pudrujemy sproszkowanym talkiem.
Paleniska kuchenne uszczelniamy i poprawiamy w podobny sposób, z tym uzupełnieniem, że płyty kuchenne oczyszczamy na powierzchni i na brzegach z resztek brudu i zgorzelin, a następnie starannie je uszczelniamy rzadszą gliną.
Oczywiście, może się zdarzyć, że po tych wszystkich naprawach poprawiło się niewiele i piec dalej słabo grzeje. Wtedy — nie ma rady — trzeba wezwać zduna i nie dziwić się, gdy będzie kpił z naszego majstrowania przy piecu. Nie szkodzi, zduni już tacy są i nie ma na nich rady. Myśmy zrobili, co się dało, a że tam wewnątrz pieca coś się powikłało z kanałami — nie nasza wina. Wzywanie zduna w dziewięciu wypadkach na dziesięć na pewno jednak nie będzie potrzebne. A przy takich szansach — warto już przecież próbować.